Zestaw podróżny

          Mój tato gdy jeszcze żył i pracował, często wyjeżdżał służbowo. Taką miał pracę. A więc przygotowany był do podróży zawsze, lubił to. Miał swoją małą, podręczną walizeczkę ze zmyślnymi kieszonkami, a w niej wszystko co, co uważał, że może mu być w podróży potrzebne. Oczywiście zmiana bielizny osobistej i bielizna nocna, jakieś kapcie, ale również przybory i niezbędniki. Już nawet nie pamiętam, co w niej trzymał – a jako dzieci lubiliśmy tam zaglądać – ale zawsze był przygotowany. Ba, przygotowany był w każdej chwili na różne ewentualności, bo i kieszenie nawet na co dzień miał wypełnione ciekawymi przedmiotami, gdzie sznurki, agrafki, scyzoryk, śrubokręcik, grzebyk, chusteczki, plaster, nawet drucik i szpilki to był banał. Chyba coś z tej zapobiegliwości odziedziczyłam po tacie, bo i moja damska torebka (oj, ciężka!) to jest mały arsenał i nie chcę tu opowiadać o szczegółach, bo już kiedyś odsłoniłam Państwu rąbek tej tajemnicy.

          A tato z walizeczką przypomniał mi się dlatego, że i ja miewam obecnie w życiu takie sytuacje życiowe, gdy opuszczam swój dom, kochane własne łóżeczko i domowe wygody – i wyjeżdżam, na 1,2 lub i 3 dni, i także już się do tego wcześniej nie przygotowuję, bo jestem gotowa w każdym momencie. Przeważnie jest to wyjazd niedaleki, do dzieci na święta, lub do przyjaciółki z wizytką, albo na rekolekcje. No i corocznie obowiązkowo do Częstochowy, ale nie będę tu mówiła o szczegółach, bo znów ktoś może nie być tym zainteresowany, a nie chcę przynudzać.

          Ostatnio, drugi już raz miałam w moim mieszkaniu urodziny wnuka. To znaczy – on miał te urodziny. A ja sobie nocowałam poza domem. To trochę śmieszne, bo gdy byłam młoda, to ja szłam na noc na imprezę, a w domu zostawali rodzice. A teraz to ja wychodzę z domu, a impreza jest u mnie. Znak czasu! W zeszłym roku nocowałam u sąsiadki. Dodatkowo przez okno mogłam oglądać okna mojego mieszkania i odgadywać, co tam się akurat dzieje. I znów gdy ja byłam młoda w oknach naszych, gdy była zabawa, to było prawie ciemno…. U nich zaś wszystkie żarówki grzały na maksa. A gdy wreszcie zgasło światło, prawie nad ranem, to znaczyło że poszli spać lub do domu. Jak się zresztą potem dowiedziałam od mojego „długiego ucha”, czyli starszego brata jubilata. Bo gdyby nie ten starszy brat, to w ogóle pewnie bym się nie zgodziła na te szaleństwa. Zawsze jakaś gwarancja jest potrzebna.

          W tym roku nie mogłam nocować u sąsiadki, bo umarła.  Wyruszyłam więc na noc do bratowej, też samotnej, bo wdowy.  Oczywiście gdy zrobiłam już dla gości wnuka pizzę – 12 brytfanek! Nieco sfatygowana tą robotą wyruszyłam – do innej dzielnicy. Zabrałam plecak ze swoją pościelą i bielizną, skarpetki, kapcie i wieczorną lekturę do poduszki. No i dwa pojemniki – jeden kosmetyczny a drugi medyczny. Normalka.

          Czułam się jakbym jechała do innego miasta. Nawet na współpasażerów tramwaju, a potem autobusu, patrzyłam jakbym i ich żegnała. Dziwne uczucie, gdy się wychodzi z własnego domu na noc do obcego. Już zapomniałam o innych okazjach z dawnych, zamierzchłych czasów, kiedy taka wyprawa była zapowiedzią jakiejś przygody życiowej i atrakcji. Tutaj atrakcji nie było na horyzoncie, i raczej nie była to przygoda, ale zwykła konieczność spowodowana nieco ślepą miłością do wnuków, a do tego jednego szczególnie.

          No cóż, noc przebiegła nadspodziewanie dobrze. W luksusowym łóżku właścicielki mieszkania, które elegancko odstąpiła mi na tę noc, bez dodatkowych atrakcji, za to z kolacją i śniadaniem, naprawdę wszystko było ekstra. Wyszłam rano, bo chciałam zdążyć na poranną mszę świętą. Dość długo czekałam na autobus, i rozmyślałam o tej niespodziewanej wyprawie. I wyobrażałam sobie, co by było, gdybym została tylko z tym moim plecaczkiem i jego nędzną zawartością, a moje mieszkanie by uległo jakiejś nagłej dewastacji wraz ze wszstkim. Jak podczas powodzi lub pożaru. Co bym wtedy czuła i jak bym sobie poradziła, czy umiałabym zacząć znów wszystko od nowa, tak jak kiedyś moi rodzice?

          I pomyślałam też, że pewnie także zaczęłabym ten dzień od mszy świętej, tak jak sobie to zaplanowałam.

9.XI.2011, .”Myśli na dobry dzień” pr. I PR, godz.4.55

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com