Zamiast epitafium

          „Pewnie siedzi teraz tam, na górze, z kartami w jednej ręce, a papierosem w drugiej (podejrzewam że w niebie na turniejach wolno palić), z tabunem czarnych kotów u stóp, i poucza jakiegoś brydżowego adepta. I chociaż już nie musi, to od czasu do czasu kaszlnie sobie dla przypomnienia”.

          To jest spisane z internetu wspomnienie któregoś z licznych przyjaciół Joli Przeorowskiej, która zmarła 26 stycznia tego roku. Jola była brydżystką, w tym także Mistrzynią Polski.

          Jeszcze wciąż mam w uszach ten jej straszny kaszel, który przerywał nasze rozmowy, i rozsadzał słuchawkę telefonu. I widzę tego kota, zawsze czarnego, kolejnego już po stracie poprzednich. I niestety jego niezmywalny zapach w mieszkaniu, bo przecież kastracja by go bolała.

          Jolę Przeorowską poznałam 54 lata temu, gdy razem zaczęłyśmy studia na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Była bardzo piękną dziewczyną, w nieco cygańskim typie. Dowcipną, wesołą, towarzyską i koleżeńską. I taką została do końca, choć w ostatnim okresie życie ją dokumentnie rozjechało.

          Po latach przerwy na tak zwaną dojrzałość, znów los nas połączył już w starszym wieku, gdy się wyszumiałyśmy. Jak to się mówi – stara miłość nie rdzewieje, ale także – nie rdzewieje i stara przyjaźń. Zaufanie, jakie mamy do osób z naszej młodości, nigdy nie ustaje. Aż czasem wydaje się, jakby to wszystko było wczoraj. Gdy zabłądzę w Internecie w lata 60-te czy 70-te, te czasy „Stodoły”, „Medyka” czy „Hybryd”, to potem nie mogę spać po nocach, a przecież i bez tego starszy człowiek sypia nie najlepiej. Nie mogę spać, bo te wszystkie słodkie upiory przeszłości budzą się pod wpływem wspomnień, i zapominamy wtedy ile mamy teraz lat, a tylko widzimy te słodkie twarze – wciąż młode, bo takie pozostały w pamięci. Staszek Pyjor, Jaś Brzozowski, Sławek Podstolski, Jurry Zieliński, Ewek Kurewek, Lutek Chęciński i wielu, wielu innych. Gdzie oni są teraz? Dołączyła do nich też i Jola. Jola, która tak bardzo kochała życie. Czyli – dobre towarzystwo, przyjaciół, różne spotkania. Była wspaniałą gospodynią i moją kucharską wyrocznią. I nikt tak jak ona nie umiał dobrać kolorowych dodatków do kolorowego stroju, tak żeby to wyglądało wszystko jak barwny, egzotyczny kwiat.

          Parę lat temu nasz wydział urządził spotkanie po latach. To z Jolą przed tym pamiętnym zjazdem próbowałyśmy odtworzyć tamte dni, tamtych ludzi. Najpierw w niewielkich strzępkach, a potem coraz bardziej i bardziej zaczęła przed nami odsłaniać się ta nasza młodość lat sześćdziesiątych, tamte kluby i prywatki, miłości i przyjaźnie. Jednym słowem – lata sześćdziesiąte na żywo. Następne były pytania. Jacy oni są? Jak ja się im pokażę? Czy się poznamy i odnajdziemy? A może nie warto do tego powracać? Warto, warto! – stwierdziłyśmy. Nie tylko warto, ale trzeba się zdobyć na tę odwagę i stanąć twarzą  w twarz ze swoja przeszłością.

          Wreszcie nadszedł ten dzień.

          Na początku duża nieśmiałość i sztywność. Dużo uśmiechów, kontrolowana spontaniczność i rezerwa. Stare czarno-białe fotografie przyniesione na tę okazję wywołują okrzyki i westchnienia. Ten i ów już nie żyje. Inny zmienił się nie do poznania. Ale są i tacy, którzy wyglądają prawie tak, jak dawniej. Wspólne zdjęcie uczestników ukazuje grupę starszych osób w uroczystych strojach i z uroczystymi twarzami. I pewnego dnia to całe nasze życie staje nam przed oczami jak jedna chwilka, i nic się nie liczy, jak tylko – „nasza grupa”. A  w niej Jadzia, Andrzej, Leszek, Jola, Stefan, Gienek, Ela i inni.

          To nieprawda, że młodość jest lekkomyślna i niemądra. Młodość jest bardzo poważna i zadaje rany, z których leczymy się potem przez całe życie. Chowamy się przed nią za górami tłuszczu, za siwymi włosami i zmarszczkami. I nie jest ważne, że ktoś miał swoje upadki i klęski, bo ważne jest że się podniósł.

          Jolu, jak mogłaś odejść i zostawić nawet swoją mamę, prawie stuletnią, którą zawsze się opiekowałaś? To nie jest normalna kolejność umierać przed rodzicami.

          Twoje wszystkie zapasy na zimę, te liczne konfitury i grzybki marynowane – kto je będzie smakował? Kot już poszedł do schroniska, mama idzie do przytułku. I już nie usłyszę w telefonie tego twojego chropowatego głosu: „Tak?”

(2011 r,)

Elżbieta Nowak

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com