Kołdra

          Bywają rzeczy uniwersalne, które się nigdy nie starzeją, i są zawsze jednakowo potrzebne. Weźmy choćby taką kołdrę. Mam ją już kilkadziesiąt lat, trochę zmieniła barwę od kolorowej (granatowej) pościeli, ale jest wciąż idealna. Wykonana była kiedyś dla mnie na zamówienie, u cioci Czesi z Łowicza, która miała tam pracownię kołder. I ta kołdra jest jak gałąź drzewa genealogicznego – wieczna. Gdy lato bywa bardzo gorące, zamieniam ją na koc, ale tylko na krótko. Służy mi wiernie, i pewnie nawet gdy już umrę, ktoś ją po mnie odziedziczy, i wciąż będzie zadowolony.

          Cioci Czesi już nawet nie pamiętam. Nie żyje także jej córka, Wandzia, moja prawie rówieśnica. Robiła cudowne łowickie wycinanki, w ogóle była artystyczną duszą. A prawdziwie artystycznym duszom w PRL-u żyło się ciężko i „pod górkę”.  Syn Wandzi, Jacek, ma w Łowiczu Muzeum Guzików, bo widocznie pozostało mu w genach jakieś artystyczne zakręcenie.

          Zaczęłam od kołdry, a już jestem w Łowiczu. Pociągnę więc dalej tę nitkę, bo sam Łowicz też mi się kojarzy wspomnieniowo. Gdy po Powstaniu Warszawskim moja mama z dwójką maleńkich dzieci, ze mną i moim młodszym bratem przeszła przez obóz w Pruszkowie, to następnie trafiliśmy do pociągu, który jechał prosto do Niemiec. Na roboty. Albo do jakiegoś obozu. Teraz do Niemiec ludzie jadą chętnie i bez przymusu, jeśli za przymus nie uzna się potrzeby pracy. Ale i tak nigdy bym tam nie pojechała dobrowolnie, nawet do pracy. Byłam kiedyś w Rostoku, przez kilka godzin, jak otworzyli granicę. I wystarczy.

          Nam udało się ujść z tego pociągu do Niemiec właśnie w Łowiczu. Pewnie mama czymś przekupiła żandarmów, i udało się. A może trochę jej pożałowali, bo też wśród nich czasem trafił się ktoś z ludzkimi odruchami. W Łowiczu mieliśmy krewnych, i tam przyjechał tato żeby nas zabrać do domu.

          W tymże Łowiczu było więcej kuzynów. Jeden, mój rówieśnik, przeniósł się potem do Lublina i prowadził tam m.in. sklep, z działem zabawek, Gdy odwiedziłam go z wnukiem zaprowadził wnuka do tego sklepu i powiedział: Wybieraj! Bierz co chcesz! Czy można sobie wyobrazić większy raj dla dzieciaka? Oczywiście musiałam nieco ukrócić te zapędy właścicielskie obydwóch, z poczucia choćby przyzwoitości. Ale odtąd hojny wuj pozostał już na zawsze w pamięci dziecka które przez długie lata dziwnie żywo reagowało na hasło: Lublin… i dopytywało, kiedy tam znowu pojedziemy? Jakże łatwo jest zdobyć serce dziecka, nieprawdaż?

          W każdym człowieku zakodowana jest historia jego życia. Gdy jesteśmy młodzi, ta historia trwa, dzieje się. W sposób naturalny jednak zwalnia tempo na starość. A wtedy raczej już tak czynnie nie uczestniczymy w tym co się dzieje, mamy więcej czasu wolnego. Więc możemy sobie powspominać, poprzewijać dowolnie taśmy tego jedynego w swoim rodzaju filmu, jakim jest nasze własne życie. Różne rzeczy kojarzą się nam z przeszłością, która przez nie odżywa. Ale też nigdy nie wraca.

          Oczywiście kopalnią wspomnień są stare fotografie. Dawniej czarno-białe. Mieliśmy  pierwszy aparat do zdjęć Kodaka. Co to było za cacko! Zwykły prostopadłościan w skórzanym futerale. Nic nie trzeba było ustawiać, nic nie regulować. Tylko się pstrykało, i już. A jakie zdjęcia z niego wychodziły. Co to znaczy stara dobra robota. Pewnie i teraz jeszcze by zadziałał, ale nadaje się raczej już tylko do muzeum. Fotografie też. Na wielu z nich już nie wiem nawet kogo przedstawiają.

          Nie ma już taty, który wszystko wiedział. A trzeba było się lepiej wsłuchiwać w to, co opowiadał, to by człowiek był mądrzejszy teraz.

          Nie każdy lubi wspomnienia, pewnie dlatego tak wiele osób lubi oglądać polskie seriale, bo pozwalają im zapomnieć o sobie, zanurzając się w życiu innych. Bo własne, przeszłe życie może boleć. Więc po prostu boimy się tego bólu. A przecież czas jest łaskawy, i bardziej wyraziście pozostawia w naszej pamięci to, co było miłe. Zaś złe chwile zaciera.

          Wiele razy zastanawiałam się nad tym, czy warto jest tak się zatapiać w przeszłości. Czy warto od niej uciekać w cudze, filmowe życie. Czy w ogóle trzeba uciekać od rzeczywistości, jaka nas otacza tu i teraz. Jak mówią mądrzy ludzie: „wczoraj” już było, minęło. „jutro” dopiero nadejdzie (dodam: jak dożyjemy). I co mamy? Mamy tylko „dziś”. Dzień dzisiejszy. Ten dzień, jedyny i wyjątkowy w naszym życiu musimy dobrze przeżyć.

          I to się nazywa – cichy heroizm dnia powszedniego.

(Maj 2011)

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com